I wtedy powiedział mi, że mam się uczyć, bo wiedza nigdy mnie nie zawiedzie

Naprawdę właśnie tak mi powiedział. Miałam wtedy niecałe 16 lat. Kompletnie go nie rozumiałam. Nie mieściło mi się to w głowie. Pisałam, doświadczałam, rozkładałam swoje myśli na czynniki pierwsze. Później rozmawialiśmy o tym, jak dziwnie (i śmiesznie) jest doświadczać samego siebie. Rozmawialiśmy o tym i wtedy powiedział mi, że mam się uczyć, bo wiedza nigdy mnie nie zawiedzie. A mi zrobiło się przykro. Bo trochę go nie rozumiałam, a jeszcze bardziej nie lubiłam historii ani geografii i naprawdę nie sięgałam z przejęciem do książek. Buntowałam się przed dobrymi ocenami!

A jednak kłębiło mi się to gdzieś w głowie. Przypominałam sobie o tym zdaniu, gdy uczyłam się do egzaminu na studia i gdy zdawałam go na 5. Myślałam sobie wtedy, że miał chłopak rację. Przypominałam sobie, gdy znalazłam się w podbramkowej sytuacji i gdy wychodziłam z niej cało. Przypominałam sobie i zastanawiałam się, skąd on o tym wiedział. 

Przypominam sobie o niej nadal. Na przykład, gdy się na kimś zawiodę. Przypominam sobie to zdanie, gdy ktoś mnie zrani. Przypominam sobie o niej, gdy zostaję zupełnie sama i gdy czuję ogromną bezsilność. Przypominam sobie, gdy jestem bezsilna wobec nauki i medycyny, a to sprawia, że znowu wracam do punktu wyjścia. Wtedy myślę, że się mylił. Bo skoro medycyna zasuwa do przodu, naukowcy pracują dniami i nocami, ludzie jednak odchodzą za wcześnie, a lekarz z krwi i kości nie potrafi logicznie wyjaśnić wpływu ucisku stanika na kobiece ciało i nowotwory piersi to mam ochotę uderzyć pięścią w stół. Znowu jest mi przykro. Jak wtedy, gdy miałam 16 lat.

Pokornieję przy tym. Myśl o czymś, co mogłoby mnie nigdy nie zawieść jest wyłącznie pojawiającą się i odchodzącą myślą. I ta myśl niesie ukojenie. Czuję, że jestem chodzącą zmianą, że zmienia się moje życie, że komórki mojego ciała wciąż się zmieniają – fizycznie i biochemicznie. Wiem, że wiedza może być pasją, ale może być też ucieczką. Wiem, bo sama uciekałam i wtedy – faktycznie – nigdy mnie nie zawiodła. 

Jest między tym wszystkim pewna równowaga i zależność. Dobrze jest mieć coś, co pozwala się uspokoić, nie przysparza zmartwień i zazwyczaj nie zawodzi. Dobrze jest to mieć, ale najlepiej jest mieć siebie. I siebie samego nie zawodzić, prawda?

Ślę uściski pełne miłości i proszę o przeczytanie post scriptum,

P.S. Nie skreślaj samej siebie, gdy się zawiedziesz. Ludzie popełniają błędy. Jesteś pełna dobra 🙂

P.P.S. Zdjęcia w koszuli Katarzyny Bednarskiej wykonała Madzia ze Studia Ninutki w bydgoskim Landschafcie. Dziękuję Wam mocno za współprace niosące radość! 🙂